Recencje WEB

Wednesday, 17 November 2010 19:18 administrator
Print PDF

Zestaw niektórych recenzji internetowych dotyczących naszych artystów i imprez,

w których brali udział

 

 

Madia

Here You can find out some WEB and PRESS articles about artists

If You have some interesting mail to us ! We will publish it !

Bluesfactory Team

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:23
 

Recenzja koncertu Danny Bryant w Piekarach 02-02-2011

Oryginał artykułu : http://www.rockarea.eu/articles.php?article_id=1847

 

+2011.02.02 - Danny Bryant's Redeyeband - Piekary Śląskie Mocnym akordem rozpoczął się sezon koncertowy w Ośrodku Kultury „Andaluzja”. W ramach cyklu „Piekarskie Wieczory Bluesowe” wystąpił świetny angielski gitarzysta, przedstawiciel młodego pokolenia wyspiarskiego bluesa - Danny Bryant.

Danny (rocznik 1980) nagrał dotychczas siedem albumów, wyrobił sobie solidną markę i dużą popularność wśród fanów bluesa w Holandii, Niemczech i na Wyspach, ale jakoś nigdy wcześniej nie zagrał koncertu w Polsce, co jest o tyle dziwne, że różni amerykańscy i brytyjscy bluesmeni regularnie wpisują nasz kraj do rozpisek swoich tras... Trudno, grunt, że w ramach tournee promującego album „Just As I Am” Bryant i jego zespół wreszcie do nas zawitali. A sądząc po reakcji publiczności na jego gitarowe popisy, pewnie nie była to ich ostatnia wizyta...

Muzycy zwykle mają w życiu „pod górkę”. No bo tak: najpierw muszą zmagać się z rodzicami, którzy najchętniej widzieliby syna w roli prawnika lub lekarza i nie w smak im to, że pociecha spędza czas na wielogodzinnych próbach w „podejrzanym” towarzystwie, zamiast zgłębiać dzieła wieszczów narodowych lub tajniki algebry i geometrii. Pacholę podrośnie, wyjdzie spod skrzydeł rodziców, ożeni się i znów problem, bo druga połówka zrzędzi mu nad głową, że może by się ustatkował, a nie tylko wyjazdy, próby i jeszcze kasy z tego mało... Mister Bryant pod tym względem może uważać się za prawdziwego szczęściarza. Tata Ken gra na basie w jego zespole, mama sprawuje funkcję road managera, zaś małżonka jest... technicznym. Czyli, wszystko zostaje w rodzinie. To właśnie dzięki rodzicom, mały Danny połknął muzycznego bakcyla, odkrył takich artystów, jak Jimi Hendrix, Rory Gallagher, Eric Clapton i Bob Dylan. Hendrixowi i Dylanowi na koncertach oddaje hołd wprost, sięgając po ich kompozycje („Voodoo Chile”, „Girl From The North Country”, „Knockin’ On Heaven’s Door”), wpływy pozostałych słychać w jego gitarowych popisach oraz autorskich kompozycjach. Danny jest świetnym melodykiem (tak jak Clapton i Gallagher), nie zamyka się w ortodoksyjnym bluesie (patrz nawias powyżej), a na koncertach daje z siebie wszystko: gra całym sobą, nie ma tu miejsca na rutynę, czy jakieś wykalkulowane zagrywki (znów kłania się Gallagher). I te jego ballady... Ileż przepięknych nut płynie wtedy spod palców i sześciu strun gitary... Proszę posłuchać tytułowego utworu z najnowszej płyty, lub zamykającego ten album „Alone In The Dark” (obydwu nie zabrakło w „Andaluzji”) W takich kompozycjach najlepiej sprawdza się też jego żarliwy, przepełniony soulowymi wpływami wokal...

Danny Bryant podzielił swój koncert na dwie części, każdy set trwał mniej więcej tyle, ile połowa meczu piłkarskiego. W „Knockin’ On Heaven’s Door”, który kończył koncert, bez problemu wciągnął do śpiewania żywiołowo reagującą publiczność. – Dziękuję bardzo za tak życzliwe przyjęcie. To była wielka przyjemność zagrać tutaj dla Was – komplementował widzów artysta.

Dla nas słuchanie jego gry również było wielką przyjemnością...



kliknij by powiększyć zdjęcie...



Tekst i foto: Robert Dłucik

Last Updated on Thursday, 03 February 2011 22:42
 

Recenzja ostatniej płyty Dannego Bryanta - Wojciech Mann

Wojciech Mann
9 czerwca 2010

Recenzja płyty: Danny Bryant’s Redeyeband, "Just as I Am"

Ojciec z synem grają bluesa

Należy docenić konsekwencję w trwaniu przy komercyjnie i finansowo niezbyt obiecującej działalności.

Czasy świetności brytyjskiego bluesa to już tylko wspomnienie. Dzisiejsze wyspiarskie mody nie przewidują eksponowanego miejsca dla tej muzyki. Ale całkowity pesymizm bluesfanów nie jest uzasadniony. Tu i ówdzie na Wyspach słychać gitary, przypominające, że nie tylko panowie w wieku emerytalnym (Clapton – 65) pamiętają, jak zagrać tamte stylowe dźwięki.

Jednym z tych obiecujących młodych jest trzydziestoletni Danny Bryant, występujący z zespołem Red-eyeband. Podobnie jak chwalona tu przeze mnie grupa The Brew, trio Redeyband to przedsięwzięcie rodzinne. Obok Bryanta juniora gra w nim na basie jego ojciec Ken. Niedawno ukazała się ich nowa płyta „Just as I Am”. Jak na trzydziestolatka, Danny Bryant może pochwalić się imponującym dorobkiem – to już bodaj siódmy (!) jego album.

Młody człowiek gra na gitarze, śpiewa i komponuje wiele z wykonywanych przez zespół utworów. Podobnie jak poprzednie tytuły Bryanta, „Just as I Am” przynosi nam solidną porcję dobrego bluesowo-rockowego grania. Nie oczekujmy sensacyjnych odkryć muzycznych i awangardy. Wszystko to już było na Wyspach grane 40 i więcej lat temu. Ale dziś, w czasach innych zupełnie mód panujących na brytyjskim rynku muzycznym, należy docenić konsekwencję w trwaniu przy komercyjnie i finansowo niezbyt obiecującej działalności.

Danny Bryant’s Redeyeband, Just as I Am, Continental Blue Heaven 2010

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:20
 

Recenzja płyty THE BREW "JOKER - Wojciech Mann

Wojciech Mann
29 maja 2009

Recenzja płyty: The Brew, "The Joker Brew"

The Brew przypominają dawne, dobre czasy

Kiedyś Polska była w Europie tylko na niby. Dotyczy to również sfery muzyki rozrywkowej. Dawkowane ostrożnie występy importowanych i niepewnych ideologicznie (imperialiści!) zachodnich wykonawców były dla fanów świętem dużo ważniejszym niż 1 maja czy 22 lipca. Dzisiaj na szczęście jest zupełnie inaczej. Znaleźliśmy się na europejskiej mapie już nie tylko formalnie, ale i praktycznie. Dotyczy to również sfery muzyki rozrywkowej. Pojawiają się u nas artyści, o których obecności niewtajemniczeni dowiadują się często po fakcie i trochę przypadkiem. Niestety, ostatnio takim niewtajemniczonym byłem i ja, gdyż dopiero niedawno przeczytałem, że bardzo dobra młoda brytyjska grupa The Brew zdążyła już w Polsce wystąpić, i to nie raz. Składające się z nastoletniego gitarzysty Jasona Barwicka, perkusisty Kurtisa Smitha (syna) i basisty Tima Smitha (ojciec!) trio, przypomina nam czasy Cream, Zeppelinów czy Hendrixa. Ich bluesowo-rockowe granie, jak napisał jeden z recenzentów, „przywraca wiarę w brytyjskiego rocka”. Podobno na koncertach grają sporo coverów klasycznych kawałków sprzed czterdziestu paru lat, ale na płytach prezentują własne kompozycje. Drugie już wydawnictwo zespołu, kompakt zatytułowany „The Joker”, potwierdza wszystkie pochwalne recenzje, jakie na ich temat przeczytałem, a gra Jasona Barwicka musi wzbudzać zazdrość wielu rutynowanych gitarzystów.

The Brew, The Joker Brew, Rock Serwis2009

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:16
 

Recenzja koncertu Miller Anderson w Szczecinie w 2008 roku

2008-09-27 12:53,  sito

Miller Anderson w FBC

Znakomity brytyjski gitarzysta i wokalista bluesowy, kompozytor, znany przede wszystkim, jako członek Keef Hartley Band i Spencer Davis Group, a także ze współpracy z T-Rex, Savoy Brown, Chicken Shack i Jonem Lordem. Wielokrotnie koncertował z Pete'em Yorkiem oraz Ianem Paice'em.

Piątkowy wieczór w szczecińskim Free Blues Clubie otworzył o godz. 21.00 gospodarz Andrzej Malcherek z zespołem FBB w nieco zmienionym składzie. Zagrali kilka utworów z repertuaru zespołu Deep Purple oraz własne kompozycje. Był to początek imprezy. Gospodarze swoim występem przywitali gwiazdę tego wieczoru: Millera Andersona z zespołem.

 

Kwadrans przed godz. 22.00 na scenie pojawił się Miller Anderson oraz jego ekipa w składzie: Kris Gray - bass/wokal, Frank Tischer - keybaords/wokal, Klaus Schenk - bębny.

 

Od pierwszych dźwięków zespół wprowadził licznie zgromadzoną publiczność w czasy muzyki lat 70-tych w najlepszym tego słowa znaczeniu. Przejrzystość brzmienia oraz dynamika, którą muzycy wykorzystywali przez cały swój występ, świadczyła o najwyższym poziomie kunsztu muzycznego.

 

Miller Anderson to nie tylko wybitny gitarzysta, ale również kompozytor i wokalista o niespotykanej barwie i sile głosu. Muzycy oprócz autorskich kompozycji wykonali kilka standardów bluesowych m.in. „Hoochie Coochie Man". Każda solówka poszczególnych instrumentalistów nagradzana była przez publiczność gromkimi brawami.

 

Koncert na najwyższym światowym poziomie nie zakończył się na szczęście zgodnie z założonym programem. Muzycy nie dali się długo prosić publiczności i po niedługiej przerwie wyszli ponownie na scenę, co wywołało aplauz słuchaczy. Kawał bardzo dobrej, klimatycznej i warsztatowo kunsztownej muzyki w wykonaniu Millera Andersona i jego zespołu niewątpliwie zapisze się w kartach historii Free Blues Clubu, jako szczególne wydarzenie.

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:03
 

Recenzja koncertu Sean Walsh z 02.08.2008

Zamieszczamy ciekawą recenzję jedynego koncertu Sean Walsh Band, który był w Polsce.

 

Widać, że młoda dziewczyna, która pisała tę recenzję "czuje bluesa" !

Może takich recenzji potrzeba, żeby muzyka miłości, pogody, radości i smutku zagościła

z powrotem w mediach zastępując 'bubble-gum' pop i muzykę agresji dudniącą zza okien samochodów

pewnej niezłej marki... ;-)

 

Po koncercie Sean Walsh w "Młynie" (02.08.2008)

Oryginał artykułu znajduje się pod adresem : http://gniezno.com.pl/4_08_2008_sean.html

Jak Holendrzy czują bluesa?

Wiadomości: Kultura - Autor: Wiktoria Ferenc

 

Sobotni wieczór. Zadymiony pub, mała scena oświetlona kilkoma reflektorami. A na niej trzej muzycy, grający leniwie bluesa, wśród ludzi sunących powoli w stronę baru. Wokalista tęsknie śpiewa. I'm blue, I'm blue for you. Po kilku minutach ten obraz zmienia się diametralnie. Wśród rockowego brzmienia gitar publiczność skacze, tańczy i wyje z zachwytu, a wokalista krzyczy słowa piosenki. You know you're pretty, you're pretty bad. Co to za zespół, który tak szybko potrafi zmienić temperaturę w Młynie? To Sean Walsh Band.

Jedną rzecz można z pewnością powiedzieć o muzykach z Sean Walsh Band. Potrafią grać na wszystkim i za pomocą wszystkiego. Edwin van der Burgt, który wyskakuje zza bębnów, podbiega do wokalisty i pałeczkami wybija rytm na statywie od mikrofonu. Sean Walsh podrzucający swoją gitarą, wrzucający ją za swoją głowę, wskakujący na stół pełen kufli z piwem. Wszystko podszyte energetycznym basem Kaia Liebranda.

Głos Seana jest tak silny, że mógłby śpiewać bez mikrofonu. Co zresztą często robi w trakcie koncertu, kiedy zeskakuje ze sceny i zaczyna chodzić pomiędzy publicznością. Można powiedzieć, że zespół w dość oryginalny sposób zapewnia sobie uwagę i koncentrację słuchaczy. W czasie rockowej piosenki "Hands up" zespół nagle cichnie, Sean schodzi ze sceny, a pozostali muzycy grają ledwo słyszalną melodię. Trwa to może dwie minuty, po czym Sean podchodzi od tyłu do mocno zaabsorbowanego rozmową chłopaka i prosto w jego ucho krzyczy: "Hands up!". Rozbawiona publiczność daje owacje, a chłopak umyka ze swoim piwem.

Sean Walsh Band daje prawdziwy popis improwizacji - Sean daje długie, nieco psychodeliczne solówki na gitarze, po czym razem z basistą schodzą ze sceny i z boku przyglądają się, jak Edwin van der Burgt wprawia słuchaczy w osłupienie, wykonując kilkuminutową wariację na perkusji niczym John Bonham z Led Zeppelin. Sean w rozmowie zgadza się ze mną, że improwizowanie w graniu bluesa odgrywa dużą rolę i wymaga współpracy w zespole - Jeśli przyjdziesz na nasz następny koncert, każda piosenka będzie brzmieć inaczej niż dzisiaj, ponieważ wszystkie nasze solówki to całkowite improwizacje. Trzeba dużego zgrania w zespole, bo czasami muzyka jest tak głośna, że możesz wykrzyczeć tylko dwa słowa, a ta druga osoba musi wiedzieć, o co Tobie chodzi. Więc trzeba porozumiewać się na różnych poziomach - spojrzeć w odpowiedni sposób, czy chwycić gitarę nieco inaczej i już między sobą wiemy, co to znaczy.

Sean ma rewelacyjny kontakt z publicznością, jest zabawny i bezpośredni. Jakiś podpity facet z pustym kieliszkiem od wódki podchodzi pod scenę, kiedy Sean zapowiada kolejny utwór.
- Play "Sempre Sempre"! Italiano musica! - bełkocze amator wódki.
Sean nie zwraca na to uwagi, natręt powtarza:
- Sempre Sempre! Sempre Sempre!
- No f*** Sempre Sempre!- krzyczy Sean, parskając śmiechem.

Z piosenki na piosenkę przy scenie pojawia się coraz więcej słuchaczy. Nie sposób nie tańczyć przy rock'n'rollowych utworach, więc dołączam się do grupy ludzi skaczących pod sceną. Po chwili dołącza także Sean z gitarą. Jak widać, w takich miejscach znika bariera między wykonawcą a słuchaczami. Jednak Sean Walsh Band gra nie tylko w pubach, ale także na festiwalach. Sean opowiada - Lubię grać zarówno w pubach, jak i w większych miejscach. W takim miejscu jak dzisiaj jest bliższy kontakt z publicznością, przyjazna atmosfera, za to na festiwalach można bardziej poszaleć i pobiegać po scenie, bo jest więcej miejsca.

Podczas koncertu momentami kontakt z publicznością wydawał się zbyt bliski, zwłaszcza z jednym entuzjastą zespołu i procentów, nieustannie podchodzącym do wokalisty, nadmiernie interesującym się sprzętem muzycznym i nagłaśniającym. Na szczęście interwencja ochrony (mimo że trochę opieszała) ochłodziła jego zapał do chwycenia za mikrofon. Seanowi wydaje się nie przeszkadzać takie zachowanie wśród publiczności - Jeśli ktoś w taki sposób odbiera naszą muzykę i chce wyrazić swoją fascynację, nie widzę w tym nic złego. Różni ludzie odbierają rzeczy w różny sposób.

Oprócz własnych utworów, bluesmani czerpali również z repertuaru Jimiego Hendrixa, Raya Charlesa i Rolling Stones. Sean uważa, że ważna jest różnorodność - Słucham wielu artystów, jestem bardzo zafascynowany Led Zeppelin. Interesują mnie także wykonawcy jazzowi, jak George Benson, ale też nie zamykam się na współczesną muzykę i staram się poznawać nowe zespoły, które siedzą w różnych gatunkach. Muzyk musi czerpać z różnych źródeł, przetwarzać to, co już usłyszał.

Koncert, jaki zespół dał w ostatnią sobotę, był moim zdaniem jednym z lepszych koncertów, jakie odbyły się w Młynie. Atmosfera pubu, urok frontmana zespołu, solidny warsztat muzyczny i nieco szalony charakter Holendrów sprawiły, że na pewno pojawię się na ich koncercie, kiedy znowu będą w Polsce, promując powstający jak na razie album, czyli Time Traveller Sex Machine. Jak na razie podróż w czasie do najlepszych momentów bluesrocka zapewni mi ich debiutancka płyta Velvet Sessions, tak różnorodna jak sami muzycy. Bo jak pisze Sean Walsh w podziękowaniach wewnątrz płyty, blues opowiada o emocjach i życiach. I tak długo jak istnieją ludzie, są historie do opowiedzenia o tych emocjach i życiu.

Organizatorem koncertu było bluesfactory.pl
Strona zespołu: www.seanwalshband.nl

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 19:53
 

Recenzja Koncertu Vinnies Vice w Gdynii 22 maj 2008

Vinnie’s Vice w Blues Clubie, czyli klasycznie i rockowo

Opublikowano: 25.05.2008,

Ostre wibrujące brzmienie gitary i całe sety Led Zeppelin, S. R. Vaughana, a także nastrojowe utwory Hendrixa i Scotta Hendersona - to usłyszeliśmy w Blues Clubie w czwartkowy wieczór

W zeszłym roku, podczas festiwalu bluesowego, w nieco nieciekawej aurze, gościliśmy bardzo ciekawe trio z Holandii. Zespół zaprezentował się z bardzo dobrej strony, co zaowocowało ponownym pojawieniem się w Gdyni w tym roku. Niestety, z uwagi na termin (Boże Ciało), na koncercie zjawili się tylko najwytrwalsi wielbiciele klasyki rocka i bluesa.

Vinnie’s Vice, Blues Club Gdynia 22 maja 2008. Foto: Tomek Wilary

Zespół został założony w 2001 roku przez lidera Vincenta Jansee (gitara/wokal). Zaczynał z basistą Nico Hart'em i perkusistą Pim van Ham'em (później grającym w Pimba, Oxide9). Podobno na początku ćwiczyli w starej, oddalonej od cywilizacji szopie... Gdy muzycy dołączyli do zespołu (szkolni koledzy Vincenta), Vinnie's Vice wkroczyło na nowy teren. Grali dużo w klubach rockowych i na małych festiwalach poza swą macierzystą okolicą (np. 10 dniowy tour w Sneek (NL). Grali co noc i słuchali taśm Led Zeppelin całymi dniami. Vincent miał jednak dość borykania się z trudną osobowością ciągle zmieniających się muzyków i na początku 2005 roku odszedł ze swojego własnego zespołu.

Vinnie’s Vice, Blues Club Gdynia 22 maja 2008. Foto: Tomek Wilary

Różne pomysły, jak na przykład zespół w klimacie Led Zeppelin / Doors sprawiły, iż Vincent stwierdził, że musi powrócić do starego projektu. Na początku roku 2006 basista Jun Lee i bębniarz Lennard Veldhoen przyłączyli się do zespołu. Trio wkroczyło w absolutnie nową strefę. Grają, wykorzystując pełnię swoich możliwości, mieszając tradycyjny bluesowy repertuar z fusion pod silnym wpływem Scotta Hendersona. Powstają nowe utwory. Progresywny blues: eksploracja granic różnych stylów i wyrażanie ich w bluesowym języku lub prościej: blues z ostrą krawędzią. (Red.: No tak, faktycznie: prościej:)

Przed końcem sierpnia 2006 w studiu Popzolder zostaje nagrane demo, z fantastycznym wsparciem Jorrit'a den Broeder'a, który staje się również koncertowym inżynierem dźwięku zespołu. Nagrywają ciekawe wersje swoich utworów „Just Go Str8!” i „Gun against my head”.

Informacje ze strony zespołu: www.vinniesvice.nl/

Vinnie's Vice Blues Club Gdynia Gazeta Świętojańska

Trzech muzyków z Holandii, którzy zaczynali w szopie …. Foto: Tomek Wilary

Mimo dość trudnych początków na gdyńskim koncercie muzycy dali się poznać z jak najlepszej, muzycznej strony. Pewny siebie Vinnie starał się nie tylko grać na najwyższym poziomie, ale też bawić publiczność i z każdym z osobna nawiązać kontakt. Coś zupełnie odlotowego, ale po pierwszych akordach było wiadomo, że warto było tego dnia przyjść do Bluesa. Promocja płyty odbyła się w tle całego koncertu, który składał się z dwóch odsłon. Część stanowiły utwory z nowej płyty (9 utworów skomponowanych przez Vincenta Jansee), ale drugą część – powiedziałbym, kluczową - to głównie covery wielkich gitary elektrycznej (Page, Vaughan, Hendrix).

Jeden z utworów stanowił „nieśmiertelnik” „Stairway to heaven”, które Vincent zagrał specjalnie dla Kasi. Genialnie wykonana sprawiła, że publiczność wstała z miejsc. Widać było różnicę w mentalności zespołu. Oni grali głównie dla publiczności, ale sercem byli całkowicie oddani muzyce. Mimo, że każdy z muzyków doskonale prezentowałby się solo, to nie było między nimi żadnych nieporozumień. Liderem zespołu jest oczywiście Vincent, który zagrał chyba ponad sto dłuższych i krótszych solówek. Jednak jego rola sprowadza się do łączności z publicznością. Gitara potrafiła brzmieć miejscami niezwykle agresywnie…

Vinnie’s Vice, Stairway To Heaven, Blues Club Gdynia, 22 maja 2008

Playlista: Vinnie’s Vice, Blues Club Gdynia, 22 maja 2008

Trzy utwory można usłyszeć na: www.myspace.com/vinniesvice , inne na : vinniesvice.hyves.nl/ choć najbardziej polecam stronę holendersko-polską www.vinniesvice.nl/, z której można ściągnąć fragmenty koncertów .

Jak widać, na trójmiejskiej scenie rockowej nie ma wielu młodych zespołów nawiązujących do klasyki - Led Zeppelin, Gov't Mule… Blues Club umiejętnie wyszukuje zespoły nawet z Holandii, aby ucieszyć słuchacza, który z każdym festiwalem bluesowym staje się coraz bardziej wyrafinowany. W tym roku w Bluesie występowali już Nefastus, w innych klubach gdyńskich grali Rock Music Association (właśnie wypuścili swoje nowe demo - Black Rust), czy Dirty Fingers, który powołuje się na wpływy Led Zeppelin, jednak Vinnie nie tylko odwołuje się do Hendrixa i klasyków gitary elektrycznej, ale potrafi również świetnie improwizować na bazie „klasyków”. Tym bardziej osoby, które nie były na koncercie, powinny żałować. Szałowo wykonany „Voodoo Child”, mógłby rozpalić chyba najbardziej oddalonego na Północ Innuita. Do tego progresywne granie i nawiązywanie do Scotta Hendersona i jazzmana grającego na framusie – Atilli Zollera powoduje, że poza zachwytem nad umiejętnościami technicznymi odczuwa się zawrót głowy.

Żałuję, że tak niewielu gdyńskich wielbicieli rocka przyszło na ten koncert, ale mam nadzieję, że powodem były przygotowania do Festiwalu Bluesowego, na który serdecznie zapraszam w imieniu organizatorów. To już 5-7 czerwca na Bulwarze Nadmorskim!!!

www.gdyniabluesfestival.pl

Tekst, foto i wideo:Tomek Wilary

Vinnie's Vice, Blues Club, 22 maja 2008.

Więcej o koncertach i muzyce w Gdyni w dziale Gdynia muzyczna

 

Galeria : http://www.bluesclub.pl/gallery/vinniesvice

 

 

 

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 19:55
 

Pierwszy koncert THE BREW w Polsce 14 listopad 2008

Wrażenia na forum bluesowym z pierwszego koncertu THE BREW, który zrobiliśmy w Poznaniu.

Była to pierwsza wizyta zespołu w Polsca zorganizowana przez Bluesfactory.

W tym samym dniu THE BREW dało też wywiad w WTK, który warto obejrzeć na naszym kanale Youtube

 

http://www.blues.com.pl/viewtopic.php?t=11382&highlight=the+brew

 

 

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 19:54
 

Recenzja koncertu THE BREW (Rockmetal) 18-09-2009

 

relacja: The Brew, Kraków "Rotunda" 18.09.2009

 

wystąpili: The Brew

miejsce, data: Kraków, Rotunda, 18.09.2009

Przed krakowską "Rotundą" zgromadził się 18 września 2009 roku wyjątkowo nieliczny, jak na tamtejsze koncerty, tłum. W zasadzie tłumik. Jednak ci, którzy zdecydowali się zapłacić 30 złotych za bilet, zapamiętają ten dzień na długo, jako datę rock'n'rollowego misterium. Na małej, bocznej scenie, o której istnieniu niektórzy bywalcy "Rotundy" nie mają nawet pojęcia, działo się tego dnia coś niesamowitego. Ale może od początku.

The Brew to trio promowane jako prawdziwa sensacja w światku klasycznego, rockowego grania w stylu mistrzów sprzed lat. Nie oni pierwsi oczywiście, ani nie ostatni. Głównym magnesem, oprócz klimatu rodem z końca lat sześćdziesiątych, jest tutaj dwójka młodocianych wirtuozów - dwudziestoletni obecnie gitarzysta Jason Barwick, przez podejrzanie wiele osób przyrównywany do Page'a czy Hendrixa, oraz rok starszy Kurtis Smith, nazywany podobno perkusyjnym Brucem Lee. Skład kapeli uzupełnia tatuś Kurtisa, Tim, który gra na basie i śpiewa, choć podczas koncertów wokalnie udziela się też Jason. Do tej pory nagrali dwa albumy. Cóż, wielkimi kompozytorami to oni nie są - zdarza im się czasem nudny refren albo nietrafiony pomysł na melodię, choć z kolei niektórych kawałków aż przyjemnie posłuchać, a nowe utwory zapowiadają się naprawdę świetnie. Nie sposób też w tej muzyce doszukać się czegoś oryginalnego, choć z drugiej strony dla wielu fanów podobnych brzmień jest to raczej powód do zadowolenia.

Ale nie o to chodzi. Po prostu wszędzie trąbi się o tym, jacy to oni nie są wspaniali na scenie. Krążą po festiwalach i klubach, z miejsca oczarowując wszystkich wokół i zbierają opinie tak przepełnione pochlebstwami, że aż boli. Dlatego na ich koncert czekałem z wielkim zaciekawieniem, wręcz nadzieją, ale i obawą, że to wszystko to tak naprawdę kolejna marketingowa fikcja, która ma na celu wypromowanie gwiazdki jednego sezonu. W końcu sprawdziłem. I jestem gotów potwierdzić każde dobre słowo, jakie ktokolwiek o nich napisał. Od razu uprzedzam - w równie patetycznym stylu.

Zaczęło się tak naprawdę nieco sztywno - publiczność nawet w tej znacznie mniejszej salce wydawała się zbyt skromna, więc początkowo zgromadzona młodzież miała opory z okazywaniem emocji i zabawą. Piszę młodzież, ale drugie tyle było też zdecydowanie starszych słuchaczy, wśród których również rozniosła się wieść o młodych, brytyjskich gwiazdach. Koncert rozpoczął się z opóźnieniem, ale chyba nikt na nie nie narzekał. W dyskusjach zgromadzonych fanów muzyki przeważał temat frekwencji, choć oczywiście rozmawiano też o samym zespole i jego fenomenie, który większość zgromadzonych miała tego dnia doświadczyć po raz pierwszy.

A było czego doświadczać. I nie chodzi tylko o to, że dokładnie w 39. rocznicę śmierci nieodżałowanego Jimmy'ego Hendrixa krakowskiej publiczności dane było usłyszeć na żywo "Little Wing" i "Voodoo Chile". Nie chodzi o zagrywki w stylu gry gitarą trzymaną za karkiem, gry smyczkiem czy nawet statywem od mikrofonu. The Brew to prawdziwy żywioł i autentyczna radość z tego, co się robi. Młodym muzykom (bo i Tim Smith okazał się być młody duchem) udało się dzięki swojej szczerości i energii wykreować atmosferę bliską pod koniec występu histerii znanej z koncertów The Beatles, a ulegli jej nawet ci, którzy grupy nawet nie mieli okazji wcześniej poznać (zresztą mało kto mógł przed koncertem usłyszeć w całości obie płyty The Brew).

Zespół rozpoczął swój występ żywiołowym "Postcode Hero". Choć publiczność dopiero się rozgrzewała, dało się dostrzec, że niektórzy piwo dopijają już w pośpiechu, przeczuwając świetną zabawę. Parę kawałków dalej nikt nie pamiętał już o frekwencji, małej salce, drogich biletach. Liczyło się tu i teraz. A tu i teraz panowała magia. Choć nie było drogiego oświetlenia, ze sceny bił niespotykany na co dzień blask. Nic dziwnego jednak, jeśli występowali na niej ramię w ramię Jason Barwick i Kurtis Smith.

Pierwszy swoje popisy rozpoczął Jason, choć błyskotliwa, gęsta gra schowanego za zestawem perkusyjnym Kurtisa też rzucała się w uszy. Młody chłopak sprawiał wizualnie wrażenie kolejnego członka Kumki Olik - fryzura, ubiór, łącznie z modną apaszką na szyi, niewinna jeszcze buzia. Wyglądał w zasadzie na 15 lat. Grał natomiast tak, że starzy wyjadacze mogli wyć z zazdrości. Kolejnymi solówkami potwierdzał wszystko, co mówi się o nim w gitarowym środowisku. W trakcie granego z rozbrajającą fantazją "Little Wing", kiedy odpoczął od nieustannego skakania po scenie, czuło się po prostu, że ma w garści całą salę i może z nią zrobić, co chce. Zamiast tego jednak, robił co tylko się da ze swoim instrumentem. Gra za plecami? Jak najbardziej. Popisowy numer Hendrixa wywołał nie pierwszą tego wieczora burzę oklasków. Nikogo nawet specjalnie nie zdziwiło, gdy młody wirtuoz sięgnął po smyczek. No bo czemu nie, w końcu i tak porównują go do Jimmy'ego Page'a. Można tak naprawdę żałować tylko jednego - że wzorem Hendrixa nie spalił na koniec występu swojego instrumentu. Solo zaś zaczęło się niewinnie, ale kiedy w trakcie trwającej pewnie ponad dziesięć minut improwizacji dało się usłyszeć obszerny fragment "Set The Controls For The Heart Of The Sun" Pink Floyd, w powietrzu wręcz unosił się powszechny zachwyt.

W opinii wielu przebił go jednak Kurtis Smith. Utalentowany - choć to słowo jest tak nadużywane, że w tym przypadku zakrawa na kpinę - perkusista, dał prawdziwy popis nie tylko opanowania swojego instrumentu, ale i energii na scenie. Nawet gdyby nie odgrywane tradycyjnie w połowie "Burt's Boogie" solo, jego grę wszyscy zapamiętaliby na bardzo długo. Ale to właśnie ono, wzorowane na słynnych zagrywkach z "Toad" Gingera Bakera i "Moby Dicka" Johna Bonhama, którzy w trakcie trwających w nieskończoność szalonych galopad po bębnach pozbywali się pałek i przez następne minuty walili w perkusję gołymi dłońmi, nie tracąc nic z wigoru i gęstości brzmienia, doczekało się największej burzy oklasków. Kurtis dał się poznać zarówno jako wirtuoz, jak i showman. Znacznie bardziej męski niż Jason, skupiał na sobie spojrzenia z każdą chwilą coraz bardziej rozkochanych w nim słuchaczek, a u facetów budził szczery podziw prawdziwą mocą, jaką czuło się w jego, mięsistej, bardzo melodyjnej grze.

Tim Smith, starszy od pozostałych muzyków o całe pokolenie, grał na basie porządnie i gęsto, udzielał się też wokalnie, ale świadomie usuwał się w cień, pozwalając szaleć młodzieży, w której zaszczepił miłość do starego, dobrego rocka. Bardzo cieszyło go jednak uznanie, jakie okazywała im publiczność, w końcu wśród nich był jego syn. Mimo wszystko brakowało porządnego wokalisty, który popchnąłby całość jeszcze bardziej do przodu. Ale nie tylko same popisy instrumentalne warte były uwagi. Kompozycje własne zespołu, takie jak "Break Free" czy "The Joker", na koncercie zabrzmiały świetnie - ukryta w nich moc biła ze sceny po uszach, aż bolało, a muzycy potrafili wykrzesać z nich prawdziwego ducha rock'n'rolla. Zresztą grali też swoje nowe kawałki, przygotowane na nadchodzący trzeci album. "Every Gig Has A Neighbour" oraz przede wszystkim znakomita ballada "Kam", zagrana z niesamowitym rozmachem, stanowiły jedne z najjaśniejszych fragmentów koncertu.

Kameralna atmosfera w małej salce, gdzie publiczność od zespołu dzielił pod koniec występu już tylko metr odległości, okazała się idealnym miejscem dla tego koncertu. Początkowo ociągający się z okazywaniem emocji ludzie szybko pozbyli się oporów i ostatecznie mało nie roznieśli klubu. Jedyne, co zawiodło, to nagłośnienie. I wcale nie dlatego, że było słabe, bo jak na taki koncert w zupełności wystarczyło. Po prostu po godzinie część sprzętu odmówiła posłuszeństwa. Muzycy dalej próbowali grać swoje, ale w sytuacji, gdy połowa głośników jest głucha, prawdopodobnie razem z odsłuchami, ich zadanie było utrudnione. Po jednym z kawałków nastąpiła krótka przerwa techniczna, po której na jakiś czas sprzęt się "podniósł", ale już do końca występu na zmianę co minutę czy dwie głośniki głuchły i znowu ożywały, a kolosalną różnicę w brzmieniu od razu dawało się wyczuć.

Ale mało kto w szalejącym pod sceną tłumie tak naprawdę narzekał. Było czuć, że to wydarzenie na długo pozostanie w pamięci wszystkich. Kiedy koncert ostatecznie dobiegł końca (na bis usłyszeliśmy wspominane już "Voodoo Chile"), muzycy długo jeszcze rozdawali autografy - na biletach, plakatach, koszulkach czy płytach. Rzadko kiedy stoiska handlowe są tak oblegane na koncertach, jak miało to miejsce podczas tego występu. Zresztą same plakaty stanowiły małe dzieła sztuki i wielu nabyłoby je nawet, gdyby koncert okazał się niewypałem. Do radosnej atmosfery, jaka panowała na sali, nie dostosował się jedynie ochroniarz, który po pewnym czasie zaczął przeganiać ludzi spod miejsca, w którym autografy rozdawał Jason Barwick. Przy odrobinie inwencji dało się go jednak obejść, choć na zadowolonego takim obrotem sytuacji nie wyglądał - w przeciwieństwie do cierpliwego i bardzo życzliwego Jasona, który, podobnie jak pozostali muzycy, bardzo chętnie rozmawiał z fanami.

W ten sposób dobiegł końca magiczny wieczór. Niektórzy jeszcze przed opuszczeniem "Rotundy" obdzwaniali znajomych lub pisali im smsy, aby koniecznie wybrali się na pozostałe do końca trasy koncerty. A Kraków? Jason Barwick obiecał wrócić tu z zespołem na wiosnę 2010 roku, przy okazji trasy po Niemczech. Znam takich, którzy już odliczają dni.

autor: tjarb

tutaj od 26.09.2009
Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:06
 

Recenzja z koncertu THE BREW w Gdyni 23 kwietnia 2010

Oryginał Artykułu : http://www.gdynianie.pl/index.php?id=2&t=1&page=14151

[Wideo, foto] Ogień i młoda energia, czyli The Brew ponownie w Gdyni

Opublikowano: 25.04.2010,

Młode brytyjskie trio nie zawiodło.

 

Ktoś mógłby powiedzieć, ze to już było, że muzyka Zeppelin i Hendrixa miała swoje lata świetności 30-40 lat temu, a utwory S. R. Vaughana najlepiej brzmią ze starych i zdartych płyt gramofonowych. Przyznałbym im rację. Poklepałbym po plecach. Powiedział - i owszem, macie rację, ale nie słyszeliście jeszcze na koncercie The Brew!!!

Fot. Tomasz Cieślikowski

 

To, co robi trio z małego miasteczka z Wielkiej Brytanii, przyprawia o zawrót głowy. Nie tak dawno mieliśmy dawkę naprawdę dobrego grania w postaci zespołu Nefastus, który pochodzi z Żukowa. To wtedy grupa ta supportowała w leniwy, ciepły wieczór po raz pierwszy zespół, o którym nawet najwięksi fani rocka nie mieli bladego pojęcia, dopóki nie usłyszeli ich na żywo. A właściwie nie zobaczyli, co potrafią zrobić na scenie. Ogień i power od pierwszej sekundy koncertu nie opuszczały ich aż do ostatniego momentu, kiedy po dwugodzinnym koncercie publiczność nie dawała im zejść ze sceny.

Fot. Paweł Jóźwiak

 

Zespół jest odkryciem ostatniego dwudziestolecia, nikt nie umie tak elektryzować publiczności jak oni, grając przy tym standardy rocka. Każdy chciał ich choćby dotknąć, bo wiedział, że ma do czynienia z jednym z najlepiej zapowiadających się zespołów z Wysp. Grupa nie jest jednak zupełnie bez doświadczenia. Myślę, że każdy zespół obecnie w Polsce może im pozazdrościć ilości zagranych koncertów i odsłon w internecie. Nie to jest jednak wyznacznikiem popularności. Grając, nie potrzebują supportu, robią sami niesamowite show. Nie czują też respektu przed nikim i niczym. Grali z wielkimi tego świata, sami nabierając ogrania na scenach Europy. Teraz już nikt i nic ich nie zatrzyma. Triumf grupy i ich zaproszenie do Gdyni nieco może kolidowało terminowo z koncertami przesuwanymi z uwagi na żałobę narodową z poprzedniego tygodnia. Tego dnia w Gdańsku wystąpił również wokalista Lao Che. Ja od miesięcy jednak czekałem na ten właśnie koncert i nie zawiodłem się ani trochę.

 

Gitarzysta The Brew mimo stosunkowo młodego wieku (21lat) uważany jest za czołówkę gitarzystów według TopGuitar. Fot. Tomasz Cieślikowski

 

The Brew wydali w styczniu album "Million Dead Stars", z którym muzycy przyjechali do Polski na kilka koncertów. Mieliśmy niebywałe szczęście gościć ich w Gdyni, bo wiem jak bardzo zazdrościła nam tego południowa Polska. Muzycy jednak obiecali, że ponownie wpadną latem do Polski, po koncertach w Niemczech. http://www.bluesfactory.pl/ i gdyński Blues Club zaprosili ich na godzinny koncert do Gdyni. Tym razem zagrają przed amerykańską gwiazdą Gov't Mule w Hali Widowiskowo-Sportowej "Gdynia" przy ul. K. Górskiego. Bilety są już w sprzedaży. Zwraca uwagę, że koszt tego koncertu jest niewiele wyższy od koncertu samego The Brew. Widać, że grupie zależy głównie na słuchaczach i na graniu jak największej ilości koncertów, co dziennikarze bardzo lubią . A fani jeszcze bardziej. Kiedy muzycy schodzili ze sceny na szyję rzucili im się praktycznie wszyscy (no, no – musiało być nieźle – przyp. Redakcji), pokazując, jak wielką wzbudzili sympatię w nadmorskim mieście w dalekiej Polsce. Na koniec dodam, że co roku ogląda ich na koncertach prawie 50 tysięcy fanów, reagujących podobnie spontanicznie.

 

Gazeta SwietojanskaFot. Paweł Jóźwiak

 

Od strony muzycznej trudno mi porównać ten koncert do innych grup. To zespół z trochę innej bajki. Więcej w nim bluesa, jak w innych rockowych kapelach. Amerykańskie bandy odchodzą już od takiego grania skłaniając się w kierunku indie lub funki. Tutaj - w Uchu, mieliśmy istny hołd złożony wielkim gitarzystom. Usłyszeliśmy kawałki Led Zeppelin, Henrdixa i nie boję się tego słowa - w "odświeżonej" wersji. Nieco za szybko, jak dla mojego ucha, ale widać było, że młodsza część publiczności była zachwycona nowymi aranżacjami "Dazed and Confused", czy "Little Wing" albo finałowym "VooDoo Chile". Pozostaje mi zaprosić Państwa na koncert, który odbędzie się już 20 czerwca 2010 w Gdyni. Niezdecydowanym polecam do przejrzenia playlistę koncertową oraz stronę festiwalu.

 

Fot. Tomasz Wilary

 

pod koniec koncertu mieliśmy okazję zobaczyć, że nie tylko gitarzysta obdarzony jest boskim talentem, ale również Tony i Kurtis Smith nie mają sobie równych.

http://www.gdyniabluesfestival.pl/

Playlista:The Brew w Uchu

Więcej zdjęć w galerii:

The Brew, Ucho, 23.04.2010, foto: Paweł Jóźwiak

The Brew, Ucho, 23.04.2010, foto: Tomasz Cieślikowski

 

 

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:02
 

Bardzo ciekawe zdjęcia z Gdyni z 23 kwietnia 2010

Polecamy :

http://forum.nikoniarze.pl/showthread.php?p=1877204

 

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:01
 

Recenzja koncertu The Brew w Śremie 21 kwiecień 2010

Oryginał artykułu : http://www.tydzien.net.pl/asp/pl_start.asp?typ=13&sub=0&menu=3&artykul=4162&akcja=artykul
Tydzień Ziemi Śremskiej
2010-04-29
Trasę koncertową po Polsce zaczęli od Śremu (wyd. 17/547)

Środowy wieczór w minionym tygodniu należał do brytyjskiej grupy The Brew. Zespół dał niesamowity koncert w jednym z śremskich pubów. W Wielkiej Brytanii uznawani są za muzyczne odkrycie ostatnich lat.



The Brew swoją trasę koncertową po Polsce rozpoczęli od występu w Śremie. Być może nietypowa pora koncertu lub wysoka, jak na śremskie realia, cena biletu (40 złotych przedsprzedaż, 50 złotych w dzień koncertu),sprawiły, że na występ nie przybyły tłumy, a szkoda. Do śremskiej Planety K Pub przyszli głównie ci, którzy brytyjską formację pamiętali jeszcze z koncertu w minionym roku. Osoby, które zdecydowały się przyjść na występ na pewno nie żałowały swojej decyzji. Niezwykle utalentowane trio Brytyjczyków pokazało, że sporo już umieją, a na scenie czują się doskonale. Podczas tegorocznej trasy koncertowej po Europie grupa promuje swój najnowszy album „A million dead stars”. Dlatego też w Śremie nie mogło zabraknąć utworów z tej płyty. Zagrali również utwory ze swojego pierwszego krążka „The Joker”.

Na początku koncertu zdawać się mogło, że gwiazdą wieczoru będzie gitarzysta The Brew, Jason Barwick. Młody, zaledwie dwudziestoletni muzyk, udowodnił, że na gitarze potrafi zagrać wszystko. Śremska publiczność z zachwytem przyglądała się chociażby jego popisowej grze... smyczkiem. Barwick pokazał, że częste porównywanie go przez muzycznych recenzentów do takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, czy Jimmy Page jest w pełni uzasadnione. Swoje „pięć minut” miał też podczas koncertu perkusista grupy, Kurtis Smith. Jego solowy popis gry na perkusji na długo pozostanie w pamięci śremian, a zwłaszcza moment, kiedy Brytyjczyk wyrzucił pałeczki i samymi rękoma brawurowo zagrał na bębnach. Tim Smith, basista zespołu oraz ojciec perkusisty dorównywał swoim młodszym członkom zespołu Koncert grupy to blisko dwie godziny stale narastającej na scenie energii. Zespół nawet na moment nie zwolnił.

Publiczność jeszcze przed koncertem zastanawiała się, co grupa wykona na zakończenie swojego występu. Na koniec The Brew zagrało słynny kawałek Jimiego Hendrixa Voodoo Child.

Po koncercie łatwiej zrozumieć, dlaczego media tak pozytywnie rozpisują się na temat tej brytyjskiej formacji. The Brew to trójka niezwykle utalentowanych muzyków, którzy podczas występu prezentują zarówno klasycznego rocka, jak i muzykę psychodeliczną. W Wielkiej Brytanii zespół uznawany jest za muzyczne odkrycie ostatnich lat.

Podczas dwutygodniowej trasy koncerotwej w Polsce, The Brew odwiedzi dziesięć miast. W tym Bydgoszcz, Rzeszów, Lublin, Piekary Śląskie. Następnie udadzą się w trasę do Holandii i Niemiec. Do Polski wrócą jednak jeszcze w czerwcu. W Gdyni wystąpią, jako support amerykańskiej legendy rocka – Gov't Mule. Koncert odbędzie się 20 czerwca, w ramach VII Gdynia Blues Festival.

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:02
 

Recenzja koncertu The Brew w Piekarach Śląskich

Oryginał artykułu : http://www.rockarea.eu/articles.php?article_id=1455

 

+

2010.04.29 - The Brew - Piekary Śląskie Kwietniowy koncert brytyjskiego tria zwieńczył tegoroczną edycję festiwalu „Bluestracje”. Cztery miasta, koncerty i imprezy „okołomuzyczne”, światowe gwiazdy plus naprawdę mocny akcent na finał – tak „w pigułce” można podsumować ten śląski tydzień z bluesem.
Gdybym miał w skrócie podsumować czwartkowy występ zjawiska, któremu na imię The Brew, wykorzystałbym sformułowanie Jasona Barwicka, jakie padło w pewnym momencie ze sceny, a brzmiało ono: „Fuckin’ awesome!”.

No ale, relacji z TAKIEGO koncertu nie wypada zakończyć ledwie po dwóch akapitach... The Brew to fenomen. Dwójka młodych muzyków, wspomniany wyżej świetny gitarzysta i wokalista Jason Barwick, czyli Page (zabawy smyczkiem po gryfie), Hendrix (całokształt) i Townsend (te charakterystyczne „wiatraczki” oraz żywiołowe zachowanie na estradzie) w jednej osobie; niesamowicie szybki i precyzyjny perkusista Kurtis Smith (solo na koniec podstawowego setu – palce lizać!), wspomagani przez jednego muzyka dwa razy starszego od nich – Tima Smitha, prywatnie ojca pałkera, w zespole odpowiedzialnego za partie basu oraz wokale. Cała trójka po uszy tkwiąca w bluesrockowej muzyce przełomu lat 60 i 70 ubiegłego stulecia i te fascynacje słychać w każdej nucie ich kompozycji.

The Brew powinni wydawać wyłącznie albumy koncertowe. Nie mówię, że studyjne są kiepskie, wręcz przeciwnie, ale dopiero na scenie, w bezpośrednim kontakcie z publicznością, trio pokazuje pełnię swoich możliwości. Oni po prostu kochają to co robią, niesamowita jest ta „chemia” pomiędzy muzykami...
„Turn It Up, Play It Loud” – dwadzieścia minut po 19.00 ze sceny „Andaluzji” rozbrzmiał refren „Every Gig Has A Neighbour”, kawałka otwierającego najnowszy album The Brew „A Million Dead Stars”. Refren okazał się proroczy: panowie dali czadu aż miło...

Utwory z nowej płyty zdominowały ten koncert, w wersjach na żywo zyskały na pewno nowych barw. Mnie szczególnie ucieszyło wykonanie ponad 8 minutowej ballady „Kam” – ulubionego fragmentu „A Million Dead Stars”. Muzycy sięgnęli też po najsmakowitsze kąski z „The Joker” oraz przypomnieli rockową klasykę: już jako czwarty zabrzmiał przepiękny „Little Wing” Hendrixa, były też fragmenty „Set The Controls For The Heart of The Sun” Pink Floyd i „Dazed and Confused” Led Zeppelin, a na bis jeszcze raz wrócili do Hendrixa, tym razem po „Voodoo Chile” - To specjalnie dla Piotra – powiedział Tim Smith. Piotra Zalewskiego, czyli „ojca dyrektora” piekarskiej mekki dobrej muzyki...

Dwie godziny z The Brew minęły błyskawicznie, publiczność nie chciała jednak wypuścić muzyków ze sceny. Bisy trwały kolejne dobre pół godziny. Co ciekawe: przy pierwszych utworach widzowie grzecznie klaskali siedząc na swoich miejscach. Zabawa stopniowo się rozkręcała, a pod koniec występu nie siedział już praktycznie nikt. No ale przecież to był koncert The Brew...

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:03
 

 

 

Last Updated on Wednesday, 17 November 2010 20:19